Przeczytane: Daniel Kukulski - „Dziennik kota. Veni, vidi, vici. Opowieści z wojska" (2023) - Wydawnictwo Daniel Kukulski
Ostatnią książką jaką przeczytałem w 2025 roku była książka „Dziennik kota. Veni, vidi, vici. Opowieści z wojska" autorstwa Daniela Kukulskiego, który prowadzi swój kanał na YouTube i z tego co wiem fanpage na Facebooku (bo niestety skasowałem tam konto) i jest bardziej znany pod pseudonimem szeregowy Kukuła. Obecnie jest znany z nagrywania takich krótkich scenek satyrycznych dotyczących patologii związanych z wojskiem. Jednym się one podobają, innym nie, mnie akurat te scenki się podobają. Ja na jego kanał trafiłem całkiem przypadkowo ze cztery lata temu, gdzie jeszcze nagrywał vlogi i opowiadał swoje przygody z dobywania zasadniczej służby wojskowej, o których też można było przeczytać w tej książce. Pamiętam, że byłem jego jednym z pierwszych subskrybentów i nie miał nawet 100 subów, a teraz jego kanał rozrósł się do ponad 10 tysięcy subskrybentów, chociaż nie zawsze się udzielam i komentuję. Moje gratulacje! 🙂 W pewnym momencie szeregowy Kukuła oznajmił, że wydał książkę, którą właśnie chcę omawiać w dzisiejszym temacie. Chciałem kupić tę książkę wcześniej i miałem ją na radarze, przynajmniej dwa lata temu, ale w pewnym momencie zniknęła mi z radaru, bo czas nie jest z gumy, a byłem zajęty innymi projektami, ale w końcu udało mi się kupić tę książkę pod koniec 2025 roku. Najpierw zamówiłem sobie na stronie internetowej szeregowego Kukuły audiobooka, a później wersję fizyczną tej książki. Po tym jak zamówiłem książkę, to do mnie zadzwonił szeregowy Kukuła na telefon, ale nie słyszałem akurat dzwonka. A znacie mnie, ja jestem nieśmiały i wstydliwy, jeszcze bym się zaczął jąkać przy takiej sławnej osobie. A jakby to był porucznik Czwarteczek ze zjebami? 😆 To bym pewnie wszedł w tryb freeze 🥶 albo rage. 🤬 Zależy w jakim nastroju by była moja dwubiegunówka. 😆 Dobra, ale już bez żartów.
W wersji fizycznej jest to mała „kobyła". Rozmiarem jest troszkę większa niż standardowy rozmiar książki, czyli mniej więcej więcej formatu kartki z zeszytu A5. Do najcieńszych książka ta nie należy, gdyż książka ta zajmuje 500 stron i do najlżejszych nie należy. Tekst zawarty w książce jest pisany standardową czcionką, najprawdopodobniej dziesiątką, gdyż nie jest to ani drobny maczek ani duża czcionka. Pierwszy raz książka ta ukazała się w 2023 roku i ja posiadam pierwsze wydanie tej książki. Książka ta została wydana w miękkiej okładce, co mi nie przeszkadza, ale tym bardziej będzie trzeba dbać o wersję fizyczną tej książki, tym bardziej, że jest ona klejona a nie szyta. Projektem okładki zajęło się ISSUE ArtWorks, które zajmuje się głównie robieniem grafik głównie związanych z militariami. Fajnym dodatkiem jest dołączenie karty z podziękowaniem od autora z własnoręcznym autografem, zachęcającą do pokazania zdjęcia z tą książką w mediach społecznościowych. Tylko, że ja jestem nieśmiały i nie chcę pokazywać swojego ryja, chociaż kiedyś pokazałem swój ryj i wystarczy, kto wie jak wyglądam to wie. A przede wszystkim skasowałem konto na Facebooku i Instagramie, bo nie życzę sobie żeby mnie stalkowano. W książce jest jeszcze jeden autograf szeregowego Kukuły na pierwszej stronie książki zaraz za okładką. Dodatkowo jeszcze dodano do książki zakładkę
Książka ta do najtańszych nie należy, gdyż wersja w adudiobooku kosztowała około 68 złotych, a wersja fizyczna kosztowała około 75 złotych, jak dobrze pamiętam, ale moim zdaniem jak najbardziej warto kupić tę książkę i jest warta tej ceny. Tym bardziej, że szeregowy Kukuła postanowił wydać książkę samodzielnie pod swoim imieniem i nazwiskiem, za co też go bardzo szanuję, gdyż koszt wydania książki w Polsce waha się w okolicach kilkunastu tysięcy złotych, a przynajmniej było tak parę lat temu. Jak dobrze pamiętam, to Dark Archon gdzieś mówił, chyba na którymś podcaście albo w swoim vlogu, ile kosztuje wydanie książki w swoim własnym zakresie, czyli tak zwany self publishing, przy okazji promocji swojej własnej książki „Zagrajmy jeszcze raz". Nie wiem ile wyszedł nakład tej książki, ale podejrzewam, że nie był on wielki, tym bardziej, że jak gdzieś tam wspominał Dark Archon, dodruk i wynajęcie drukarni też kosztuje kilkanaście tysięcy złotych, bo specjalnie nie wydrukują jednej sztuki, tylko zwykle robią to hurtowo, chyba minimum 1000 sztuk, gdyż wydruk jednego egzemplarza książki nie jest duży i to był koszt kilkunastu złotych. Ale też podziwiam szeregowego Kukułę, bo jak sam pisze we wstępie do książki, że rodziła się ona w bólach, gdyż pisał ją przez około 15-16 lat z przerwami. Gdyż zaczynał ją pisać parę lat po wyjściu do cywila jako 20 paroletni chłopak, który wkurwiony wrócił z pracy na nocnej zmianie i zaczął pisać swoje wspomnienia na komputerze, co było to szkieletem fabuły tej książki, a skończył ją pisać jako 40 klkuletni mężczyzna. Wielki podziw za determinację, że mu się chciało i że początkowo pisał to do szuflady i w tajemnicy przed bliskimi. Skąd ja to znam. Co? Nic, nic...
Ale też muszę przyznać, że „Dziennik kota" czytało mi się świetnie i o dziwo była to jedna z najlepszych książek, które przeczytałem w roku 2025 i to rzutem na taśmę, bo w końcówce roku, o czym też napisałem w podsumowaniu czytelniczym za rok 2025. Nie będzie to wielki spoiler, że oceniłem ją na 10/10 (koniec recenzji, rozejść się!) i umieściłem ją tuż obok takiego arcydzieła jak „Czarodziejska góra" Thomasa Manna, czy „Solaris" i „Niezwyciężonego" Stanisława Lema, czy książki Nicolasa Dereschau „Ostatni z nas. Zrozumieć The Last of Us" i. Może tę książkę tak oceniłem, bo przeżywałem podobne przygody co autor, a przynajmniej chyba każdy kto odbywał zasadniczą służbę wojskową i przy okazji czytania tej książki miałem flashbacki z pobytu w wojsku. Po prostu ta książka ma w sobie „to coś". Nie spodziewałem się, że to będzie aż tak dobra książka. Spodziewałem się bardzo dobrego tytułu, u mnie standard to jest 7-8/10, co oznacza bardzo dobrą książkę. W przypadku tej książki coś „zażarło" i gdyby nie sentyment do czasów ZSW i „tego czegoś", to pewnie bym ją ocenił na 9/10. Mnie tę książkę czytało się bardzo dobrze i szybko ją pochłonąłem w dwa dni przerwy świątecznej. Być może oceniłem ją tak, bo też w książce było parę zabawnych sytuacji, trochę strasznych, trochę wzruszających i przyznaję, że pod koniec książki trochę się łezka w oku zakręciła. Być może pod względem literackim książka ta nie jest arcydziełem (w sumie to się nie znam, nie studiowałem książkopisarstwa), ale to nie jest ważne. Mnie się ta książka spodobała.
Jak najprościej streścić tę książkę? To po prostu po części powieść autobiograficzna i pamiętnik, w którym autor książki wspomina czasy swojego pobytu w wojsku i dobywania zasadniczej służby wojskowej na przełomie lat 1999/2000. Oczywiście imiona i nazwiska prawdziwych osób zostały zmienione i autor posługuje się ksywkami. Nie będę pisał, w których jednostkach wojskowych służył szeregowy Kukuła, ale jest to wymienione w książce. Jak sam autor książki wspomina, do wojska poszedł na ochotnika i żywił nadzieje na zostanie zawodowym żołnierzem, gdyż marzył aby iść do wojsk spadochronowych/desantowych, czyli do tak zwanych „komandosów" czy jak tam się ich nazywa i zostanie komandosem. Ale ze względu na wzrost nie wzięli go tam i skierowano gdzie indziej i po zderzeniu z „betonem" i „falą" szybko odechciało mu się służyć w wojsku. Książka jest opowiadana z perspektywy pierwszej osoby. Książka została podzielona na 8 rozdziałów, które opowiadają o poszczególnych etapach służby wojskowej, od kwalifikacji w wieku 18 lat gdzie przyznają kategorię, aż do wyjścia do cywila. Rozdziały zostały nazwane jak poszególne etapy zasadniczej służby wojskowej jak: „Elew", „Kot", „Wicek", „Rezerwa". Przyznaję, że miejscami nie jest to przyjemna lektura, zwłaszcza rozdziały „Kot" i „Wicek".
Od razu ostrzegam, w książce występuje wulgarny język, jak to w wojsku. Choć teoretycznie w regulaminie wojskowym był punkt (bodajże 34, za moich czasów) mówiący o wysławianiu się, ale wszyscy mieli go... brzydko mówiąc... w dupie. Łącznie z kadrą zawodową. A o 33 punkcie, o spożywaniu alkoholu, to nie wspominam. Jego też większość miała gdzieś, łącznie z kadrą zawodową. Autor książki we wstępie też ostrzega o wulgaryzacji języka i o przeżyciach związanych z tak zwaną „falą", bo teraz społeczeństwo jest takie delikatne i mogłoby tego nie wytrzymać psychicznie. 😂 I przestrzega, że w żadnym wypadku nie należy traktować tej książki jako „instruktażu" dla kadry zawodowej do „przepierdalania" młodego wojska (choć teraz to głównie jest WOT i Dobrowolna ZSW), bo psychopatów w wojsku nie brakuje. Sam autor pisze, że książkę tą można bardziej traktować jako „instruktaż" dla tych, którzy chcieliby pójść do wojska na ochotnika i bardziej takim ostrzeżeniem przed tak zwanym „betonem" i zjawiskiem „fali", żeby to się nie powtórzyło.
W moim przypadku było podobnie jak w przypadku autora książki, bo też zgłosiłem się po maturze do wojska na ochotnika, jakoś jesienią 2003 roku. Ale wtedy nie chcieli mnie wziąć, tłumacząc że mają miejsca ograniczone, po prostu brakiem miejsc, ale pan kapitan w WKU zapisał moje nazwisko i powiedział, że się odezwą. Być może było to spowodowane, że należałem do wyżu demograficznego z początku lat 80 i były kolejki i pewnie system nie wyrabiał finansowo. Jak widać, na początku lat 2000 niełatwo było dostać się do woja. 😆 Czekałem nieco ponad rok, aż na początku 2005 roku (chyba w lutym albo w marcu) wezwali mnie do WKU i ustalili mój wyjazd na... maj 2005. Nawet bilet wystawiali mi na 2-3 miesiące w przyszłość, a nie od razu. 😆 Teraz w lutym 2026 roku minie 20 lat jak wyszedłem do cywila. Chciałem zostać na nadterminowego, ale tłumaczyli, że chętnie by mnie wzięli, ale na razie nie mieli miejsc. Albo może wiedzieli, że jestem pierdolnięty i nie chcieli kolejnego psychopaty w swoich szeregach. 😂 Czytając tę książkę miałem flashbacki z wojska i wiele rzeczy, które przeżył autor książki też przeżyłem. Tylko tam gdzie ja byłem, na szczęście nie doświadczyłem aż tak wielkiej „fali", bo to zjawisko powoli zanikało. Pamiętam jak nasze „dziadki" wychodziły do cywila, to kadra zawodowa jeszcze na to przymykała oko, a my wychodziliśmy praktycznie jak tacy, którzy szli „regulaminowo" (tak zwane „garby", albo „grzbiety", albo „trzpienie"), tylko „wypompowaliśmy" miesiące pobytu przed dyżurką Oficera Dyżurnego i po wyjściu za bramę kilku z naszych rzuciło miedziakami w stronę bramy. Chociaż Szef Kompanii groził nam żeby nie rzucać miedziakami po wyjściu za bramę. Nasz „król fali" oznajmił, że to nie ma sensu i wyjdziemy bez chust na plecach jak „garby", ale na szczęście wyszliśmy z chustami na plecach. Kadra zawodowa nagle stała się przeciwna „fali", choć wielu zawodowych żołnierzy to były stare „falusy". Nie wiem co się stało, ale prawie w rok czasu z jednostki falowej stała się stalową. Może był jakiś prikaz ze Sztabu Generalnego? Na koniec doszło do tego, że jako starzy robiliśmy rejony razem z młodymi, choć pół roku wcześniej nasze „dziadki" jeszcze szły po staremu i nie robiły rejonów. Podobno wicerezerwa, czyli starszy pobór od nas i młodszy od naszych dziadków, coś odwalił, trochę przegieli pałę i kadra się wkurzyła, takie plotki słyszałem. Doszło do takich rzeczy, że ja już jako „dziadek" na kilka dni przed wyjściem do cywila, słałem łóżko mojemu „młodemu". Ale to było spowodowane tym, że miałem na tę „falę" wywalone i nie falowałem i traktowałem swojego „młodego" jak człowieka, kolegę. To było tak, że miał wtedy służbę jako dyżurny stołówki, a oni z kucharzami często kończyli służby długo po capstrzyku i zaczynali przed pobudką, więc poprosił mnie, żebym mu posłał łóżko przed capstrzykiem, żeby się nie tłukł po nocach. Parę razy się zdarzało, że ja słałem łóżko jemu, a on mnie, jak na przykład mieliśmy służby w stołówce. Raz tylko starsi ode mnie stopniem falowym z mojego poboru kazali mi, żebym rzucił mu „granat", pewnie za jakąś bzdurę, po czym go później przepraszałem. To była cała „fala" z mojej strony. Nie wiem jak się zachowywali koledzy z mojego poboru w swoich plutonach wobec młodych i guzik mnie to obchodziło.
W sumie nie ma tutaj czego podsumowywać, gdyż podsumowanie napisałem już we wstępie. Naprawdę świetna książka, polecam! Zwłaszcza tym, którym marzy się kariera w wojsku.