Obejrzane: Heweliusz (2025) - reż. Jan Holoubek - Netflix
Zrobiłem mały research i dużo się nie pomyliłem. Katastrofa „Estonii" miała miejsce w nocy z 27 na 28 września 1994 roku. Na pokładzie było 989 osób, zginęły 852 osoby, a uratowano 138 osób. Jednak człowiek coś tam pamięta.
To były chyba dwie największe katastrofy na Morzu Bałtyckim po zakończeniu drugiej wojny światowej. Największą katastrofą na Bałtyku było bodajże storpedowanie przez Rosjan niemieckiego statku „Wilhelm Gustlof" 30 stycznia 1945 roku, na którego pokładzie mogło znajdować się do 9000 osób, a niektóre źródła podają, że mogło być tam przynajmniej 10 000. „Jan Heweliusz" płynął wtedy ze Świnoujścia do szwedzkiego Ystad, bo praktycznie codziennie pokonywał tę trasę od 1977 roku i był to jego 5700 któryś tam rejs na tej trasie, z tego co pamiętam. Była to chyba największa katastrofa polskiego statku na Bałtyku (a może nawet największa ogólnie) po drugiej wojnie światowej, bo nie zagłębiałem się w ten temat jeszcze. Tamtej nocy na Bałtyku były jeszcze trzy inne polskie statki. Równolegle z „Janem Heweliuszem" ze Świnoujścia płynął prom „Silesia", a w przeciwnym kierunku płynęły promy „Mikołaj Kopernik" i „Nieborów".
Swoją drogą, robiąc research do napisania tej pseudo recenzji, ostatnio też przeczytałem bardzo dobrą książkę, a raczej e-book autorstwa pana Adama Zadwornego „Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku" wydaną mniej więcej rok temu, bo w listopadzie 2024 roku, przez Wydawnictwo Czarne, a teraz ukazało się jej wznowienie. Ta książka to bardzo dobry reportaż o samej katastrofie i tym co się działo przed katastrofą i później, choćby na salach sądowych Izby Morskiej, ale także historią samego promu „MF Jan Heweliusz".
Przesłuchałem też podcast „Heweliusz. Prawdziwa historia" autorstwa pana Romana Czejarka na kanale YouTube Polskiego Radia o okolicznościach katastrofy Jana Heweliusza. Swoją drogą też gorąco polecam. Jakby ktoś nie kojarzył, pan Roman Czejarek jest to znany i charakterystyczny dziennikarz pierwszego programu Polskiego Radia, którego głos kojarzę i pamiętam jako dziecko z radiowej „Jedynki", głównie chyba z audycji „Lato z Radiem", tuż obok pana Tadeusza Sznuka (prowadzący teleturniej „Jeden z Dziesięciu") i pana Zygmunta Chajzera (znanego chociażby z teleturnieju „Idź na całość" emitowanego bodajże na Polsacie pod koniec lat 90). Pan Roman Czejarek był wtedy młodym dziennikarzem pochodzącym właśnie ze Szczecina, który miał około 26-27 lat, kiedy wydarzyła się katastrofa promu Jan Heweliusz, który zaczynał pracę w ogólnopolskiej radiowej „Jedynce" i został oddelegowany w rodzinne strony przez Polskie Radio do robienia korespondencji z miejsca katastrofy. Tym bardziej, że znał załogę Jana Heweliusza i wcześniej przeprowadzał reportaże dotyczące choćby nie do końca legalnych transportów na polskich promach, zwłaszcza imigrantów do Szwecji. Pan Roman Czejarek przez te lata badał katastrofę Jana Heweliusza. Jeszcze przed katastrofą Heweliusza na początku lat 90 robił reportaże o nie do końca legalnych transportach dokonywanych drogą morską między Polską a Szwecją, o czym wspominał na swoim podcaście, a nawet puszczał archiwalne nagrania z 1990 roku. Nieważne.
Zamierzam też przeczytać książkę pani Katarzyny Janiszewskiej „Katastrofa Heweliusza" wydaną w tym roku przez Wydawnictwo Chmury i podejrzewam, że szybciej przeczytam tę książkę niż napiszę tę pseudo recenzję. Ale słyszałem, że ta książka nie jest stricte reportażem, ale zawiera elementy fabularyzowane, podobnie jak niżej omawiany serial. Zobaczymy jak to będzie.
Mały update. Przeczytałem książkę pani Katarzyny Janiszewskiej „Katastrofa Heweliusza" i muszę przyznać, że jest to coś pośredniego pomiędzy reportażem pana Adama Zadwornego „Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku" a miniserialem „Heweliusz", którego zaraz będę omawiał. Dużo informacji pokrywa się w obu książkach, ale książka pani Katarzyny Janiszewskiej jest fabularyzowana podobnie jak serial. W książce pani Katarzyny Janiszewskiej imiona i nazwiska załogi promu (i nie tylko) zostały zmienione (na przykład kapitan Andrzej Ułasiewicz nazywa się tutaj Tadeusz Dobrowolski). Ale na przykład nazwy armatora, nazwy statków, czy imiona ówczesnych polityków rządzących Polską (na przykład prezydent Lech Wałęsa, premier Hanna Suchocka czy minister spraw wewnętrznych Andrzej Milczanowski) pozostały niezmienione. Ale też to jest bardzo dobra książka. Postaram się więcej napisać o tych dwóch książkach w osobnym poście, o ile czas pozwoli.
Zamierzam też przeczytać książkę pana Leszka Adamczewskiego „Heweliusz i inne przemilczane katastrofy powojennej Polski" wydane przez Wydawnictwo Replika. Mam nadzieję, że w tej książce będą bardziej opisane katastrofy takich statków jak „Karkonosze" (a raczej „Athenian Venture") z 1988 roku czy statku „MS Nysa" bodajże z roku 1965 jak dobrze pamiętam (10 stycznia 1965), która wtedy była największą polską katastrofą morską po drugiej wojnie światowej.
Borys Szyc jako kapitan Andrzej Ułasiewicz
„Heweliusz" jest to polsko-belgijski pięcioodcinkowy miniserial wyprodukowany przez firmę Telemark i sfinansowany między innymi przez Netflixa oraz przez Polski Instytut Sztuki Filmowej. Producentką serialu jest pani Anna Kępińska, założycielka i członkini zarządu Telemarku, która wcześniej pomogła wyprodukować serial „Wielka woda". Serial opowiada o katastrofie promu Jan Heweliusz, która wydarzyła się w nocy z 13 na 14 stycznia, a dokładniej między 4:30 a 5:12 nad ranem 14 stycznia 1993 roku na Morzu Bałtyckim, około 20 km na północny wschód od niemieckiej wyspy Rugia, mniej więcej w połowie trasy pomiędzy Świnoujściem a szwedzkim Ystad. Była to chyba największa polska katastrofa morska po zakończeniu drugiej wojny światowej i jedna z największych w historii polskiej żeglugi, o ile nie największa. Będę musiał zrobić research na ten temat. „Heweliusz" jest to kolejny projekt reżysera Jana Holoubka (syn legendarnego aktora Gustawa Holoubka) i scenarzysty Kaspra Bajona, którzy trzy lata temu razem wyprodukowali miniserial „Wielka woda" opowiadający o powodzi tysiąclecia z 1997 roku i jak z nią walczyły Śląsk i Opolszczyzna i ogólnie cała Polska, a przede wszystkim w serialu pokazany jest tu Wrocław i okolice. A wcześniej współpracowali przy serialu „Rojst" z 2018 roku.
Jan Holoubek jako reżyser Jan Holoubek
Miniserial „Heweliusz" miał swoją premierę 5 listopada 2025 roku w serwisie streamingowym Netflix. Jest to miniserial, który łączy kilka gatunków: kino katastroficzne, thriller kryminalny, dramat psychologiczny, dramat sądowy, nie wiem czy uznać go za historyczny, bo lata 90 były dopiero co, to jeszcze nie tak odległa przeszłość, przynajmniej dla mnie. Miniserial ten składa się z pięciu odcinków, które średnio trwają minimum około po 50 minut, najkrótszy jest pierwszy odcinek trwający około 48 minut, środkowe trzy odcinki trwają po około godzinę, ale najdłuższy jest ostatni piąty odcinek, który trwa prawie 1,5 godziny. Ale to nie przeszkodziło mi w obejrzeniu całego miniserialu w ciągu jednego popołudnia i wieczoru. Tak mnie wciągnęło. Nie jest to stricte serial dokumentalny, a raczej fabularyzowany na podstawie autentycznych wydarzeń, który zawiera elementy faktyczne pomieszane z fikcją literacką. Jest to fabularyzowana opowieść o samej katastrofie promu Jan Heweliusz jak i wydarzeń, które się wydarzyły przed i po katastrofie promu. Część wydarzeń rozgrywa się na tle, jak i po tragedii Jana Heweliusza, podobnie jak serial „Wielka Woda" z 2022 roku o powodzi tysiąclecia z 1997 roku czy miniserial „Czarnobyl" od HBO z 2019 roku, w których katastrofa była tłem. Część wydarzeń zawartych w serialu są autentyczne i są pomieszane z fikcją literacką i tutaj można pogratulować scenarzyście researchu. Z tego co się dowiedziałem, autor scenariusza Kasper Bajon przeżył tę katastrofę, ponieważ znał z widzenia córkę kapitana Andrzeja Ułasiewicza, z którą chodzili do jednej szkoły.
Kulisy kręcenia serialu
Kulisy kręcenia sceny katastrofy - Dekor Mokry chyba, mostek kapitański z zewnątrz
Jak podaje Netflix, produkcja serialu zajęła łącznie 10 miesięcy przygotowań przedprodukcyjnych, 8 miesięcy zdjęć (od stycznia do końca sierpnia 2024 roku) z łączną liczbą dni zdjęciowych wynoszących 105 dni. W filmie wystąpiło łącznie 120 aktorów, 3000 statystów, 2000 pojazdów w tym 200 TIR-,ów, 700 ton wody (głównie w obiegu zamkniętym), 1 km konstrukcji deszczownic i trawersów, 100 mocowań podwieszeń elementów na dwóch halach produkcyjnych, 40 umów kaskaderskich, 70 lokacji i 200 osób zaangażowanych w postprodukcję. Film kręcono między innymi w: Świnoujściu, Szczecinie, Warszawie, Zgorzelcu, Gdyni, Sopocie, Darłowie, Pucku, Stargardzie, Wrocławiu, przy nieczynnym przejściu granicznym w Chałupkach, czy w Brukseli (Belgia, jakby ktoś nie wiedział).
Na przykład w styczniu 2024 roku kręcono zdjęcia w porcie w Świnoujściu, gdzie w filmie wystąpiła prawdziwa ładownia promu, która zagrała ładownię „Jana Heweliusza". W lutym 2024 roku kręcono w Zgorzelcu, który udawał warszawski Ursynów. Zdjęcia kręcono na zgorzeleckim osiedlu Zachód zwanym też Manhattanem. W marcu kręcono zdjęcia na nieczynnym przejściu na polsko-czeskiej granicy w Chałupkach, które udawało przejście graniczne w okolicach Świnoujścia.
We Wrocławiu na przykład serial kręcono w Zespole Szkół nr 3 przy ul. Szkockiej 63, która „zagrała" warszawską szkołę na Ursynowie, do której chodziła Agnieszka Ułasiewicz i młody Alek Kaczkowski. Zdjęcia plenerowe kręcono przed budynkiem szkoły. Kręcono także w Audytorium budynku Wydziału Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego, ul. F. Joliot-Curie 14, które „zagrało" wnętrza szczecińskiej telewizji. Poza tym serial kręcono na terenie Bazy Wojskowej przy ul. Poznańskiej 58, kiedy Marek Kaczkowski grany przez Tomasza Schuchardta przyjeżdża po ładunek specjalny, który ma się znaleźć na Heweliuszu.
Grzegorz Gadziomski jako ławnik, Andrzej Konopka jako kapitan Henryk Kubara i Michał Pietrzak jako przewodniczący Janusz Pyzel
Michał Pietrzak jako przewodniczący Janusz Pyzel, Michał Żurawski jako Piotr Binter i Piotr Łukawski jako ławnik
W maju i w czerwcu 2024 roku kręcono w warszawskich studiach, które łącznie zajmowały dwie hale produkcyjne, zdjęcia katastrofy wewnątrz promu na specjalnie zabudowanych makietach mostku kapitańskiego, wewnątrz korytarzy i w kajutach i górnego pokładu, które były podwieszone na specjalnej maszynerii, co umożliwiało przechyły. To są tak zwane Dekor Suchy i Dekor Mokry.
W sierpniu 2024 roku realizowano morskie sceny katastrofy, które odbywały się w Belgii. Jak podaje Netflix, 6 sierpnia 2024 roku zakończyły się zdjęcia w basenie brukselskiego studia Lites Film Studios o łącznej powierzchni 1450 km² i trwały tam 16 dni. Jest to jedna z najnowocześniejszych hal produkcyjnych z efektami specjalnymi przeznaczona do kręcenia scen morskich, która mogłaby odtworzyć warunki sztormu na Morzu Bałtyckim i chyba jedyna taka w Europie.
Ekipa filmowa wybrała belgijski basen o wymiarach 21x24 metry i głębokości sięgającej 10 metrów, aby jak najwierniej sfilmować warunki panujące podczas sztormu, które nie byłyby możliwe do sfilmowania podczas dnia na otwartym basenie czy na prawdziwym morzu. W basenie temperatura wody wynosiła około 32°C żeby aktorzy i ekipa filmowa przez kilka godzin zdjęciowych po prostu nie powymarzała.
Jak podaje Netflix, w Brukseli sfilmowano scenę akcji ratunkowej z użyciem statku Ariadna, sceny ujęcia przechyłu górnego pokładu, z którego tuż przed zatonięciem statku zsuwają się tratwy ratunkowe, a pasażerowie wpadają do wody. Także zrealizowano tam sceny na tratwach ratunkowych, tonięcie mostku kapitańskiego, czy sceny z niemieckim helikopterem ratunkowym.
Konrad Eleryk jako III oficer Witold Skirmuntt
Jak podaje Netflix w serialu jest 130 scen katastroficznych, które podzielono na trzy etapy. Pierwszy i drugi etap kręcono w maju i w czerwcu 2024 roku w dwóch hali produkcyjnych znajdujących się w Warszawie. To właśnie tam kręcono sceny wewnątrz promu i na mostku Jana Heweliusza, wraz z możliwością przechyłu od 10 do 70 stopni. To tam częściowo odtworzono wnętrza Jana Heweliusza na specjalnych podwieszanych makietach, które umożliwiały także przechyły. Odtworzenie wnętrza promu było możliwe między innymi dzięki nagraniom VHS, których dokonywał sam kapitan Andrzej Ułasiewicz. Swoją drogą w serialu jest wzruszająca scena jak córka kapitana Ułasiewicza ogląda kasetę video z nagraniem taty jak się uczył obsługiwać kamerą video. Zdjęcia dzieliły się na tak zwany Dekor Suchy i Dekor Mokry. Dekor Suchy umożliwiał kręcenie scen wewnątrz promu jak na przykład w korytarzach statku czy wewnątrz kajut, bez kontaktu ze stojącą wodą wraz z możliwością przechyłów. Dekor Mokry to są sceny z żywiołami takimi jak sztorm, ale bez kontaktu ze stojącą wodą. Przykładem Dekoru Mokrego były chociażby sceny na kapitańskim mostku podczas sztormu oraz na górnym pokładzie, który był podwieszony na specjalnych konstrukcjach, które zaś umożliwiały przechył aż do 90 stopni. Trzecim etapem były zdjęcia na krytym basenie w Belgii z makietą burty statku, gdzie ekipa filmowa kręciła sceny na Morzu Bałtyckim w sierpniu 2024 roku.
Jak czytałem i słuchałem wywiadów z aktorami, którzy brali udział w scenach katastrofy, zwłaszcza z panem Konradem Elerykiem, przechodzili oni trudne treningi pod okiem fachowców, gdzie trenowali choćby chód w przechyle o ileś tam stopni. W filmie jest scena jak Konrad Eleryk musiał przejść przez pokład kolejowy obok uszkodzonej furty rufowej, aby zejść na sam dół do maszynowni, a potem tamtędy wracał na mostek. Jak widziałem w materiałach zza kulis, oni to chyba kręcili na pokładzie prawdziwego promu zacumowanego w Świnoujściu w poziomie i aktor musiał się pochylać, aby udawać chód w przechyle. Dodatkowo był zaprzęgnięty w specjalną linkę, którą później usunięto dzięki CGI w postprodukcji. Tam stojący ludzie z ekipy poza kadrem, rzucali aktorom różne rzeczy pod nogi, aby udawać turlające się przedmioty po podłodze w czasie przechyłu. Drugą sprawą były treningi pływackie pod okiem ratowników. Jak wspominał Konrad Eleryk najpierw mieli treningi na basenie pod Warszawą (nazwa miejscowości wypadła mi z głowy), a potem mieli treningi na większych basenach chyba na Politechnice Szczecińskiej. Trenowali skoki do wody z większej wysokości, jak się zachować w czasie wzburzonych fal, nurkowanie na bezdechu do 6 metrów i tym podobne. Jak wspominali aktorzy w wywiadach, sceny kręcenia zdjęć w Belgii na tym ogromnym basenie były bardzo trudne i wyczerpujące. Jak wspominają aktorzy, sztucznie zrobione fale na tym basenie sięgały 2,5 metra, a w rzeczywistości tamtej nocy na Bałtyku mogły być nawet czterokrotnie większe.
Fabuła
Mia Goti i Magdalena Różdżka jako Agnieszka Ułasiewicz i Jolanta Ułasiewicz
Serial opowiada też o wszystkim co się działo wokół katastrofy promu: o próbach zamiecenia katastrofy pod dywan przez armatora i próbę umycia rączek w obawie przed ewentualnymi procesami o odszkodowanie i bankructwem firmy. O próbach zamiecenia katastrofy pod dywan przez władze polityczne i wojskowe służby specjalne i zrzucenia winy na kapitana Andrzeja Ułasiewicza. Jest w serialu scena narady chyba w kapitanacie jak próbują zrzucić winę na kapitana Ułasiewicza. Prawnik mówi, że z odszkodowaniami się nie wypłacą do 2100 roku. Wiceminister mówi, że w kraju jest 25% bezrobocie i nie mogą sobie pozwolić na zamknięcie firmy i posłanie ponad 5000 pracowników na bruk. Ktoś tam pyta czy chcą pogrążyć kapitana Ułasiewicza, to wiceminister pogardliwie odpowiada: „Nie, kurwa, Nemo!". Jak postać grana przez Andrzeja Konopkę próbuje się przeciwstawić, to wiceminister jej grozi słowami, czy spieszy mu się na bezrobocie. Pokazuje też dramaty pojedynczych marynarzy którzy przeżyli tę katastrofę, ale także ich rodzin. Pokazuje także dramaty rodzin ludzi, którzy nie przeżyłi katastrofy na przykładzie żony zmarłego kierowcy ciężarówki i jej syna, a także pani kapitanowej Jolanty Ułasiewicz i jej córki Agnieszki, nad którą w szkole zaczyna się znęcać syn kierowcy ciężarówki Alek Kaczkowski (w tej roli Wit Czerniecki), który ma za złe Agnieszce, że jej ojciec utopił jego ojca. Serial pokazuje próby śledztwa na własną rękę przez drugiego kapitana Heweliusza Piotra Bintera i dążenie przez rodziny ofiar do sprawiedliwości przed sądem, a raczej przed Izbą Morską przy prokuraturze w Szczecinie. Serial pokazuje też walkę wdowy po kapitanie Andrzeju Ułasiewiczu o obronę dobrego imienia swojego męża. I to jest praktycznie fabuła tego serialu.
Michał Żurawski jako Piotr Binter i Joachim Lamża jako wiceminister Janusz Kowalik
Fabuła serialu zaczyna się jak u Alfreda Hitchcocka z wysokiego C. Na samym początku mamy trzęsienie ziemi, a później napięcie rośnie. Film (serial to też jest film, tylko podzielony na odcinki, spokojnie Nerdziku)... Serial rozpoczyna się sceną katastrofy promu Jan Heweliusz, a raczej już po katastrofie. Widzimy podwodne zdjęcia zrobione w slow motion i ciała ludzi zanurzające się w Morzu Bałtyckim. Później akcja przenosi się do Szczecina i poznajmy różnych bohaterów serialu. Akcja przenosi się do siedziby armatora, do którego należał wtedy Jan Heweliusz, albo do Kapitanatu w Świnoujściu i widzimy jaka wtedy panowała napięta i nerwowa sytuacja. Przekleństwa w tym serialu nie były rzadkie, często padają tutaj słowa na „k", „ch" i „p". Później poznajemy rodziny marynarzy i pasażerów, którzy płynęli tej nocy do Szwecji Janem Heweliuszem, w tym żonę pana kapitana Andrzeja Ułasiewicza (zagranego w tym serialu przez pana Borysa Szyca) panią Jolantę Ułasiewicz (zagraną przez panią Magdalenę Różdżkę, prywatnie partnerkę reżysera Jana Holoubka) i jej córkę Agnieszkę (zagraną przez młodą aktorkę Mię Goti) i to są chyba jedyne postacie w tym serialu, które mają swoje prawdziwe nazwiska, bo praktycznie większość postaci występujących w serialu miały zmienione imiona i nazwiska, ale bazowały na autentycznych postaciach. Wdowa po kapitanie Andrzeju Ułasiewiczu zezwoliła twórcom serialu na wykorzystanie wizerunku. Najprawdopodobniej zrobiono tak w obawie przed ewentualnymi procesami ze strony rodzin ofiar katastrofy i przed nawrotem traumy u rodzin ofiar. Także w serialu została zmieniona nazwa armatora Jana Heweliusza, drugiego promu (ale o tym za chwilę), czy niemieckich łodzi, chyba z wiadomych względów. Wracając do tematu, w serialu poznajemy losy rodzin, które straciły bliskich na pokładzie Jana Heweliusza. Przykładem jest żona jednego z kierowców ciężarówek Marka Kaczkowskiego (granego przez Tomasza Schuchardta), Aneta Kaczkowska w którą wcieliła się Justyna Wasilewska, czy też postać III Oficera Jana Heweliusza - Witolda Skirmuntta (w którego wcielił się Konrad Eleryk) oraz jego żony Jadwigi, w którą wcieliła się znana chociażby z filmów Wojciecha Smarzowskiego „Wołyń" i „,Wesele" Michalina Łabacz. Też trzeba przyznać, że postać Witolda Skirmuntta jest zlepkiem kilku osób, jak mówił pan Roman Czejarek w swoim podcaście, przynajmniej dwóch osób. Jak wcześniej napisałem, później są pokazywane machlojki armatora na poziomie politycznym, aby zamieść sprawę pod dywan i żeby uniknąć płacenia odszkodowań rodzinom ofiar, bo by to pogrążyło firmę, która już wtedy po zmianie ustrojowej w Polsce była w trudnej sytuacji finansowej. Dlatego też Heweliuszem płynęła postać pani wiceprezes armatora graną przez panią Annę Dereszowską, która była inspirowana prawdziwą wiceprezes armatora, która płynęła tej feralnej nocy Heweliuszem do Ystad, aby negocjować ze Szwedami lepsze stawki. W serialu jest pokazana postać drugiego kapitana Jana Heweliusza, zmiennika Andrzeja Ułasiewicza - Piotra Bitnera, w którego wcielił się pan Michał Żurawski, który próbuje na własną rękę dochodzić co się stało na pokładzie Jana Heweliusza, ale także który siada jako ławnik podczas posiedzeń Izby Morskiej. To jest taki typowy biało-szary charakter, który po katastrofie Jana Heweliusza nagle ma wyrzuty sumienia i skruszony chce na własną rękę rozpocząć śledztwo na temat tragedii, ale władze go krępują i umieszczają pomiędzy młotem a kowadłem. Być może kapitan Bitner ma coś za uszami i być może znał niektóre tajemnice statku, dlatego też władze umieściły go na procesach Izby Morskiej jako ławnika, a nie jako świadka, aby go uciszyć, bo pewnie mógłby swoimi zeznaniami pogrążyć armatora, podobnie jak drugi ławnik, dowódca bodajże „Mikołaja Kopernika" (zmieniony tutaj na „Karkonosze", ale o tym za chwilę) kapitan Henryk Kubara grany tutaj przez pana Andrzeja Konopkę. Piotr Bitner to taki typ bohatera, który niczym John Wayne staje przeciwko złu, ale brodzi po pas albo po szyję w gównie, jak to stwierdził ojciec kapitana Bitnera, emerytowany marynarz, grany przez pana Jana Englerta. Swoją drogą mamę Piotra Bintera zagrała pani Magdalena Zawadzka, prywatnie mama reżysera serialu Jana Holoubka. Jedną z inspiracji do napisania postaci Piotra Bitnera był najprawdopodobniej kapitan Bolesław Hutyra, który wczesniej był kapitanem, między innymi też promu „MF Jan Heweliusz". Więcej nie chcę spoilerować, jeśli ktoś nie wie kim był kapitan Bolesław Hutyra i jak umarł. Najprawdopodobniej jedną z osób, które mogły być pierwowzorem dla Piotra Bintera mógł być prawnik Walerian Pańko, który na początku lat 90 badał aferę FOZZ i który wtedy też był prezesem Najwyższej Izby Kontroli. Sprawdźcie sobie w encyklopedii jeśli nie wiecie. Na zakończenie omawiania fabuły trzeba przyznać, że nie idzie ona jednym ciągiem. Fabuła jest rwana. Mamy tutaj liczne retrospekcje do miejsca katastrofy i widzimy ją z kilku perspektyw. Z biegiem czasu fabuła składa się w jedną wielką całość niczym jak puzzle. To może tyle.
Jacek Koman jako mecenas Ignacy Budzisz i Magdalena Różdżka jako Jolanta Ułasiewicz
Serial kończy się najprawdopodobniej ogłoszeniem werdyktu przez Izbę Morską, który miał miejsce 11 stycznia 1994 roku, prawie rok po katastrofie, ale jak wiadomo, to nie był koniec dramatu rodzin ofiar katastrofy. W książce pana Adama Zadwornego jest opisana walka rodzin ofiar tej katastrofy o sprawiedliwość i należne odszkodowania za bliskich. W sumie Izba Morska zasiadała do procesów trzy razy, na co składało się 37 posiedzeń. W pierwszym procesie zasiadała od końca czerwca do grudnia 1993 roku i to jest najprawdopodobniej pokazane w serialu, tylko w mocnym skrócie. Za drugim procesem odwoławcza Izba Morska już w Gdyni przy prokuraturze w Gdańsku w lutym 1996 roku przyznała rację rodzinom ofiar, ale od wyroku sądu odwołał się armator i tak wyglądało odbijanie piłeczki. W trzecim procesie Izba Morska uwolniła armatora od zarzutów, co rozgoryczyło rodziny ofiar. W końcu 11 rodzin ofiar wystosowało pozew zbiorowy przeciwko państwu polskiemu do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, co też nie spodobało się Polsce, i wygrały ten proces w 2005 roku, ale sumy odszkodowań to były śmieszne pieniądze, bo wynosiły niecałe 5000 euro, a dokładniej 4600 euro za osobę. Wtedy najniższą krajową w Polsce było około 800 ale złotych. Było to trochę pieniędzy, ale moim zdaniem to i tak za mało. Niestety też w międzyczasie, w 2003 roku, sprawa Heweliusza... się przedawniła. To jest jakieś kuriozum. Na tamten czas w katastrofie zginęło 55 osób, całkiem niedawno dodano 56 ofiarę katastrofy, 17 letnią córkę jednego z zagranicznych kierowców, która nie widniała w oficjalnej liście pasażerów, a oni to przedawniają i to w 10 lat po tragedii. Jeszcze w międzyczasie armator próbował ugody z rodzinami ofiar proponując „odszkodowania" wynoszące też jakieś śmieszne pieniądze. To też spowodowało różnice wśród rodzin ofiar, gdyż ludziom proponowano różne kwoty odszkodowań, o czym można przeczytać w książce pana Adama Zadwornego. Część rodzin ofiar się na to zgodziła, aby tylko mieć już święty spokój i nie wracać do tej tragedii. Chyba też w książce pana Adama Zadwornego przeczytałem, że zagraniczne firmy przewozowe żądały o wiele większych pieniędzy, a chyba jedna z rodzin jednego z austriackich kierowców żądała odszkodowanie od armatora wynoszące 600 tysięcy euro. Dziś to jest około 2,5 miliona złotych, bo nawet nie wiem po ile dokładnie teraz stoi kurs euro, ale wtedy pewnie było to trochę więcej pieniędzy. Nie pamiętam jak ta sprawa się zakończyła. Być może pisało to w książce, a mój mózg tego nie odnotował.
Justyna Wasilewska jako Aneta Kaczkowska - przemowa przed Izbą Morską - chyba najlepsza scena w tym serialu
Katastrofa Athenian Venture (wcześniej Karkonosze) - 1988 rok.
I tutaj jeszcze chciałbym jeszcze raz uchylić czoła dla scenarzysty serialu, pana Kaspra Bajona, który w „Heweliuszu" dyskretnie przypomniał o innej katastrofie morskiej, która wydarzyła się pięć lat wcześniej, a mianowicie w nocy z 21 na 22 kwietnia 1988 roku w okolicach 800 mil od wybrzeży Nowej Szkocji. Wtedy zatonął pływający pod cypryjską banderą statek, tankowiec „Athenian Venture", który wcześniej nosił nazwę „Karkonosze" (coś świta?), płynący z Amsterdamu do Nowego Jorku, a zginęła na nim cała załoga, w której skład wchodziło 24 Polaków + 5 żon marynarzy, w sumie 29 osób. W okolicach 2:00 nad ranem na wskutek szalejącego sztormu doszło do wybuchu przewożonego paliwa (około 10,5 miliona galonów benzyny) i do pożaru, co skutkowało przełamaniem się kadłuba statku na pół i do szybkiego zatonięcia części dziobowej tankowca. Część rufowa jeszcze unosiła się na wodzie przez około trzy miesiące zanim nie zatonęła. Postanowiono na początku czerwca 1988 roku przetransportować część rufową do Hiszpanii, która ostatecznie zatonęła po czterech tygodniach holowania pod koniec czerwca 1988 roku w okolicach Wysp Azorskich, około 1400 km na zachód od Portugalii. Może to i dobrze, bo Hiszpanie okazali się hienami cmentarnymi, które chciały sprzedać wrak, a nawet... sprzedać pamiątki po rodzicach ofiar (takie jak listy) tym ludziom za ogromne pieniądze. Mówiło się nawet o 2 milionach dolarów. To już jest sk.......stwo. Ze względu na podanie tylko dwukrotnie sygnału "Mayday", po czym łączność została zerwana, przez długi czas szukano miejsca katastrofy. Dopiero parę godzin godzin po katastrofie słup ognia zauważył jeden kanadyjski statek. Przez jakiś czas ze względu na wysokie temperatury nie można było bliżej podpłynąć do statku. Musiano poczekać aż paliwo się wypali. Z wody wyłowiono tylko jedno ciało rozbitka, starszego mechanika, który przed zatonięciem zabrał chyba dziennik pokładowy i wyskoczył do Atlantyku. Później w części rufowej znaleziono zwęglone ciała kilku ofiar. W końcu po dwóch miesiącach, na początku czerwca 1988 roku Hiszpanie chcieli przetransportować ten wrak do Hiszpanii, ale nie ze szlachetnych pobudek, o czym napisałem chwilę wcześniej. Wcześniej ten statek należał do Polskiej Żeglugi Morskiej i nosił nazwę... „Karkonosze", zanim w 1983 roku nie został sprzedany polsko-greckiej firmie Athenian Tankers należącej do armatora Minos X. Kyriakou należącego do greckiego biznesmena Minosa Xenophona Kyriakou, który też był prezesem Greckiego Komitetu Olimpijskiego. „Karkonosze" zostały zbudowane w 1975 roku przez jedną ze szwedzkich stoczni dla Polskiej Żeglugi Morskiej. Tym, którzy oglądali serial „Heweliusz" uważnie, zapaliła się lampka? Oczywiście w serialu nazwa bliźniaczego promu „Mikołaj Kopernik" została zamieniona na „Karkonosze", którego dowódcą był kapitan Henryk Kubara, w którego wcielił się pan Andrzej Konopka, który później też zasiada jako ławnik podczas Izby Morskiej i który był zastraszany ze strony rządowej. Ale w serialu też pada gdzieś tam w tle nazwa „Mikołaj Kopernika" jak dobrze pamiętam. Sam autor scenariusza w jednym z wywiadów wspominał, że to był celowy zabieg i w ten sposób chciał przypomnieć o innej, nieco zapomnianej tragedii polskiego statku i oddać hołd tamtym ludziom. Jest też bardzo dobry reportaż na antenie (stronie internetowej)radiowej Trójki w formie podcastu z córką jednego z marynarzy, gdzie w tej katastrofie zginęli rodzice tej pani. Bardzo wstrząsający i poruszający reportaż. I tam też próbowano zamieść sprawę pod dywan, jak w przypadku serialu „Heweliusz" i unikano wypłacenia ogromnych odszkodowań, ale nie chcę brnąć w ten temat. Z tego reportażu wziąłem wszystkie te informacje. Szczerze mówiąc to nawet nie wiedziałem o tej katastrofie. Teraz się o niej dowiedziałem, robiąc research do pisania tej pseudo recenzji, chociaż to zdjęcie płonącego tankowca znałem, choć nie skojarzyłem go z tą katastrofą. Będę musiał bardziej się zagłębić w temat tej katastrofy.
Tomasz Schuchardt jako kierowca ciężarówki Marek Kaczkowski
Jeśli chodzi o oprawę audiowizualną, to nie ma się tutaj o co przyczepić. Jeśli chodzi o sferę techniczną, to jest bardzo dobrze zrealizowany film. Jedynie trochę mi przeszkadzał dźwięk krzyków ludzi podczas sztormu, ale takie warunki panują podczas sztormu, że praktycznie dźwięk, a raczej ryk fal morskich wszystko zagłusza. Nie chodzi mi o to żeby w postprodukcji zmniejszyć ilość decybeli ryku wody, czy zwiększyć moc krzyku ludzi podczas sztormu, ale naprawdę ja już jestem stary i głuchy. Pracuję w warunkach szkodliwych w strasznym hałasie i z trudem było mi wyłapać co oni krzyczeli. Jedyne co dobrze wyłapałem to słowa Waldka Skrzypczyńskiego granego przez Łukasza Lewandowskiego, który krzyczał chyba do Witka Skirmuntta, że „ty przeżyjesz, ja nie" i parę razy brzydkie słowa na literę „k" i „wyp...". Mogliby chociaż w tych scenach dać polskie napisy, jak w wersjach dla głuchoniemych. To jest w sumie jedyny mój zarzut do tego serialu. Ogólnie jak na polską produkcję, to dźwiękowo jest bardzo dobrze.
Na uwagę zasługuje oprawa muzyczna. W serialu wykorzystano muzykę z tamtego okresu. Możemy gdzieś tam w tle w stacjach radiowych albo w barach usłyszeć takie piosenki jak: R.E.M. „Man on the Moon", Dr. Alban „It's my life", Ugly Kid Joe „Everything about You", Bon Jovi „Keep the faith", „Mydełko Fa" w wykonaniu Marka Kondrata i Marleny Drozdowskiej, The Cure „Friday i'm in love", Charles and Eddie „Would i lie to You", Crystal Waters „Gypsy Woman (Lat Da Dee)", czy Roxette „It must have been love".
Próbowano też oddać ducha tamtych czasów i na przykład w serialu możemy usłyszeć głos Wojciecha Manna, który oznajmia w radio o tej katastrofie. Tutaj można się przyczepić, bo to jest głos Wojciecha Manna z dzisiejszych czasów, nie jest to tamten silny charakterystyczny głos z końcówki lat 80 i z początku lat 90. Oczywiście pana Wojciecha Manna pamiętam z lat dzieciństwa, bo też słuchało się radiowej Trójki, a zwłaszcza Listy Przebojów prowadzonej głównie przez pana Marka Niedźwiedzkiego, do czego też jest małe nawiązanie w serialu, ale Wojciech Mann wtedy chyba nie prowadził serwisów informacyjnych w Trójce, ale ręki nie dam sobie uciąć. Oglądało się też program „5-10-15" gdzie Wojciech Mann podkładał głos „Głosu", czy z programu „Za chwilę dalszy ciąg programu" gdzie wiedziałem jak ten człowiek wygląda i to był przełom lat 80 i 90. W serialu też chyba pojawia się głos pana Macieja Orłosia w transmisjach telewizyjnych, jak dobrze kojarzę, którego też już pamiętam z lat 90. Nie pamiętam czy już wtedy w 1993 roku prowadził „Teleexpress", bo w późnych latach 90 na pewno, ale chyba tak.
Jak pewnie też widzicie na zdjęciach, w serialu zdecydowano się na użycie gradacji kolorów w takim niebieskawym filtrze, co było efektem zamierzonym. Daje to taki chłodny ton obrazu, tym bardziej, że akcja serialu rozgrywa się głównie zimą i to nad Morzem Bałtyckim, które jest, nie oszukujmy się, zimnym morzem. Daje to takiego efektu poczucia chodu, wręcz zimna. Podczas oglądania tego serialu miałem tę gęsią skórkę i czułem ten chłód bijący z ekranu. Czytałem takie opinie żeby dzięki tym filtrom dodać tej szarości i klimatu lat 90. A teraz jest inaczej? Jak piszę ten tekst, mamy przełom listopada i grudnia 2025 roku, niebo jest zachmurzone szarymi chmurami, Słońce przez chmury się nie przebija, do tego jest lekka mgiełka, która potęguje efekt szarości. Teraz wcale nie jest inaczej jak było 30 lat temu. Tylko może po ulicach jeżdżą nowsze modele samochodów i autobusów. Chociaż można jeszcze zobaczyć pojazdy pamiętające rok 1993, w tym kultowe tramwaje Konstal 105N czy 105Na, czyli tak zwane „akwaria" czy „trumny", czy nawet niemieckie „Helmuty", które sprowadzono z Niemiec do nas. Taka gradacja kolorów może też spotęgować stan smutku i stany depresyjne. Ale moim zdaniem zastosowano go, żeby pogłębić ten stan pogody, zwłaszcza w styczniu i w klimacie nadmorskim i ogólnego przygnębienia wizją Polski tuż po przemianie ustrojowej i dramatu rodzin ofiar katastrofy.
Problematyka
Michał Żurawski i Konrad Eleryk
Serial ten nie porusza jednego problemu. Jak pisałem na samym początku jest on połączeniem kilku gatunków filmowych: kina katastroficznego, dramatu psychologicznego, thrillera kryminalnego z wątkiem politycznym i dramatu sądowego. W serialu nie ma jednej głównej postaci i nie ma tak do końca dobrych i czarnych charakterów. Powiedziałbym, że część postaci posiada wiele odcieni szarości, ale to nie są takie klasyczne czarne charaktery jak to w filmach, tylko jak to w życiu. Nie ma tu takich postaci jednoznacznie złych czy dobrych. Tak jak w realnym życiu. Myślę że takimi postaciami, które podchodzą pod ciemną szarość są: wiceminister Janusz Kowalik, w którego wcielił się pan Joachim Lamża, zwany też przez postać graną przez pana Mirosława Zbrojewicza „starym komuchem który ma na nich wszystkich kwity", a także postać majora Artura Ferenca, najprawdopodobniej agenta WSI, w którego wcielił się pan Marcin Januszkiewicz, który próbował na bohaterach tego serialu wymusić jakieś obciążające zeznania na temat kapitana Ułasiewicza. Ale moim zdaniem wiele z tych osób po prostu chce przeżyć w nowych warunkach po przemianie ustrojowej w Polsce, choć w młodej III RP nadal widoczne są pozostałości PRL-u
Za dobry charakter może uchodzić postać mecenasa Ignacego Budzisza granego przez pana Jacka Komana. Jest to emerytowany adwokat, wdowiec i znajomy rodziców Piotra Bintera. Właśnie Piotr Binter proponuje go pani kapitanowej Ułasiewicz żeby bronił dobrego imienia jej męża przed sądem i na pewno raczej nie robi tego dla pieniędzy, za co później będzie miał za złe Piotrowi pan wiceminister. Ale na sali sądowej czasem potrafi być jak Tommy Lee Jones w „Ściganym" i jak rekin, który poczuje krew. Ale czy to jest w 100% dobra postać? Praktycznie nic nie wiemy o tej postaci.
Myślę, że głównymi bohaterami tego serialu są cztery postacie: Jolanta Ułasiewicz grana przez panią Magdalenę Różdżkę, Aneta Kaczkowska grana przez panią Justynę Wasilewską, oficer Witold Skirmuntt grany przez pana Konrada Eleryka i drugi kapitan Piotr Bitner grany przez pana Michała Żurawskiego. Każdy z tych ludzi w jakiś sposób przeżył tę katastrofę, ale ta pierwsza trójka chyba najbardziej.
Michalina Łabacz jako Jadwiga Skirmuntt
Jak już wcześniej pisałem, postać Witolda Skirmuntta granego przez pana Konrada Eleryka jest postacią tragiczną i jest syntezą przynajmniej dwóch ludzi, którzy przeżyli tę katastrofę. Był jedyną osobą, która która była na mostku, która przeżyła tę katastrofę i ostatnią osobą, która widziała żywego kapitana Andrzeja Ułasiewicza. Jeszcze prosił kapitana żeby się ewakuował póki czas i nie używał oficjalnego zwrotu służbowego stopniem tylko po imieniu. W serialu jest w trakcie budowania domu. Mieszka tam z żoną Jadwigą, w którą wcieliła się pani Michalina Łabacz oraz z małą córeczką. Bardzo przeżył śmierć swojego kolegi z pracy, Waldka Skrzypczyńskiego granego przez pana Łukasza Lewandowskiego, którego uratowano razem z nim, ale zmarł na zawał serca. Po tej katastrofie zaczął miewać koszmarne sny, albo nie mógł usnąć na dłuższy czas. Zaczął mieć zespół wstrząsu pourazowego (czyli tak zwane PTSD). Po powrocie do domu bywa nieobecny, zamknięty w sobie, zaczyna drzeć się na żonę i zaglądać do kieliszka. Piotr Binter próbuje wypytać Witka o okoliczności tragedii, ale Witek nie jest za bardzo rozmowny, aż w końcu się przełamuje. Jeszcze major Artur Ferenc próbuje wywrzeć na Witku presję, aby ten zdyskredytował kapitana Ułasiewicza. Podczas posiedzenia Izby Morskiej staje się przedmiotem ataków ze strony ławników, zwłaszcza przez kapitana „Karkonoszy" Henryka Kubarę granego przez pana Andrzeja Konopkę i przewodniczącego profesora Janusza Pyzla, w którego wcielił się pan Michał Pietrzak. Próbują go zdyskredytować poniżając go, że nie ma wyższego wykształcenia i że stopień kapitański zdobył poprzez służbę. Stosują podprogowe pytania żeby jego częściowo obarczyć winą za katastrofę, ale Witek się nie daje. To nie on wydał polecenie żeby przebalastować statek na lewą burtę aby zniwelować przechył na prawą stronę. Jak przejmował wachtę na mostku, to zdający poprzednią wachtę nawet nie raczył mu o tym zameldować. Jego jedyną winą było to, że zataił iż w pobliżu Heweliusza był inny, niemiecki statek i że byli na kursie kolizyjnym, ale nikomu o tym nie chciał powiedzieć. Swój dramat też przeżywa żona Witka, Jadwiga, w którą wcieliła się pani Michalina Łabacz, która jako pierwsza dociera nad ranem 14 stycznia 1993 roku do budynku kapitanatu i wypytuje o swojego męża. Później przyjeżdża do portu do Świnoujścia na identyfikację ciał (bardzo wstrząsająca scena), ale nie widzi tam ciała Witka, więc ma nadzieję, że przeżył. Jeszcze tam doszło do pomyłki, bo polski konsul w Niemczech, grany tutaj przez pana Sławomira Orzechowskiego, pomylił Witolda Skirmuntta z Markiem Kaczkowskim (Tomasz Schuchardt) przez zegarek należący do Kaczkowskiego, co będzie miało tragiczne skutki.
Ogromne traumy przeżyły żony ofiar, czego w serialu są przykładem pani Aneta Kaczkowska grana przez panią Justynę Wasilewską i kapitanowa Jolanta Ułasiewicz grana przez panią Magdalenę Różdżkę. Tak się złożyło, że obie panie mieszkały niedaleko od siebie, w blokach na warszawskim Ursynowie i być może nawet znały się z widzenia. Obie panie bardzo przeżyły tę tragedię, ale pani kapitanowa Ułasiewicz szybciej się pogodziła ze śmiercią męża. Natomiast gorzej stratę męża przeżyła Aneta Kaczkowska, która jeszcze była w ciąży. Jak już wspomniałem wcześniej jej mąż Marek (grany przez pana Tomasza Schuchardta) był kierowcą TIR-a, który miał płynąć Heweliuszem do Ystad z pewnym ładunkiem wojskowym. Obie panie dzieli wszystko. Pani Jolanta Ułasiewicz była lepiej sytuowana niż Kaczkowska i pewnie też dostanie jakąś rentę po kapitanie. Nawet kapitan Ułasiewicz miał pogrzeb z honorami. W serialu jest pokazana scena jak pani Kaczkowska jest na cmentarzu na grobie męża, a w tle odbywa się uroczysty pogrzeb kapitana Ułasiewicza. W kobiecie zaczyna wzbierać się złość. Umarł jej mąż, jedyny żywiciel rodziny, ona jest w ciąży. Dlatego postanawia też zostawić w lombardzie co bardziej cenne pamiątki po mężu, w tym zegarek. Jeszcze w międzyczasie przyjechał do niej Witold Skirmuntt i oddał jej zegarek należący do jej męża. Najważniejsza rzecz, na początku dochodzi do pomyłki przez ten zegarek. Zgromadzeni na tratwie rozbitkowie zabierają zegarek z martwego Kaczkowskiego żeby wiedzieć która jest godzina i ma go Witek. Przez ten to doszło do pomyłki i błędnie powiadomiono panią Kaczkowską, że jej mąż przeżył. Dopiero na przejściu granicznym w Świnoujściu dopatrzono się błędu. Jeszcze odwiedza ją w domu major Artur Ferenc i próbuje na niej zdyskredytować kapitana Ułasiewicza. Jeszcze pani Kaczkowska próbuje pojechać do firmy spedycyjnej, w której pracował jej mąż i próbuje załatwić jakieś odszkodowanie, a tam kierownik tej firmy (w którego wcielił się raper i youtuber „Wini"), mówi, że to oni będą domagać się odszkodowania. Jej starszy syn Alek Kaczkowski (w tej roli Wit Czerniecki) zaczyna się znęcać w szkole na Agnieszce Ułasiewicz, mówi że jej ojciec utopił jego ojca i każe jej płacić, albo wpier... Dziewczyna się boi i przestaje chodzić do szkoły i prosi mamę aby ją przeniosła gdzie indziej. Agnieszka też bardzo przeżyła śmierć taty. Później mamy tę kulminacyjną scenę przed Izbą Morską z tą przemową pani Kaczkowskiej, gdy mówi, że jest prostą kobietą, ale nie jest głupia i widzi co się dzieje i że ta Izba Morska to jest parodia i nie widzi tutaj szansy na sprawiedliwość. Potem mówi o próbach wywierania na niej presji przez służby specjalne aby zdyskredytować kapitana Ułasiewicza, co wywołuje konsternację na sali sądowej. Kobieta w końcu jest zdenerwowana i wychodzi z budynku Izby Morskiej, gdzie zaczynają odchodzić jej wody. W końcu na końcu serialu dochodzi do takiego symbolicznego pojednania pomiędzy paniami, gdy spotykają się na osiedlu na Ursynowie.
Bardziej złożoną postacią jest drugi kapitan Jana Heweliusza - Piotr Binter zagrany przez pana Michała Żurawskiego. Jest to postać, którą znają wszyscy, być może przez to, że jest synem emerytowanego kapitana, w którego wcielił się pan Jan Englert. Nawet wiceminister Janusz Kowalik nazywa Bintera „Piotruś", więc tam pewnie całe to towarzystwo kisi się w jednym sosie. Piotr Bitner jest taką postacią postawioną pomiędzy młotem a kowadłem. Klika składająca się z wiceministra Kowalika, majora Ferenca i ich kolesi chcą aby Piotrek stanął po ich stronie i zdyskredytował kapitana Andrzeja Ułasiewicza. W podobnej sytuacji jest kapitana Kubara grany przez pana Andrzeja Konopkę, który uważany jest tutaj sa czarny charakter, ale moim zdaniem jest to złożona i tragiczna postać. Kapitan Kubara jest zastraszany przez ten polityczny układ i w końcu pęka w obawie przed utratą pracy. Jego przeciwieństwem jest kapitan Piotr Binter, którego też chcą przeciągnąć na swoją stronę, ale ten się nie daje. Tutaj na szali są postawione przyszłość armatora i miejsca pracy, kontra kozioł ofiarny w postaci kapitana Andrzeja Ułasiewicza. Jako, że Piotr Binter był przyjacielem Andrzeja Ułasiewicza, postanawia stanąć do nierównej walki i bronić honoru nieżyjącego przyjaciela. Zaczyna prowadzić śledztwo na własny rachunek, a równocześnie jest ławnikiem na Izbie Morskiej. Nie wiem czy tak stworzono tę postać o takiej charakterystyce na potrzeby filmu, że taki John Wayne, rycerz na białym koniu przedziera się przez morze gówna. Nie wiem na ile ta postać jest dobrą postacią, a ile ma za uszami. Bo nie wierzę, że był on taki naiwny, że nie wiedział on o przemycie broni do Szwecji. Oczywiście z tą bronią to są teorie spiskowe i nic nie udowodniono, ale... To samo się tyczy nielegalnego przekraczania granicy przez uciekinierów, o czym mówił pan Roman Czejarek w podcaście, że robił o tym reportaż jeszcze na początku lat 90 przed zatonięciem Jana Heweliusza, więc sprawa emigrantów nie jest nowa. Nawet o tym powstał jeden z moich ulubionych filmów, a mianowicie „300 mil do nieba" bazujący na autentycznej historii, o dwóch braciach, którzy pod podwoziem TIR-a uciekli z Polski do Danii. Nie wierzę, że Piotr Binter był aż tak ślepy, albo głupi, albo naiwny, że nie widział co się dzieje na Heweliuszu. A przypuszczam, że nie pływał „Hewelkiem" od wczoraj, tym bardziej, że był kapitanem, zmiennikiem Andrzeja Ułasiewicza. Więc powinien wiedzieć co się działo na promie. Moim zdaniem postać Piotra Bitnera nie była do końca krystalicznie czysta i pewnie też coś miał za uszami i pewnie miał swoje sekrety. Dlatego też postanowili posadzić go jako ławnika na Izbie Morskiej, żeby nie zeznawał w swojej sprawie, jako drugi kapitan Heweliusza. Chyba, że rzeczywiście nie miał pojęcia, że tym statkiem przewożono trochę więcej niż: węgiel, surowce budowlane, drewno, meble, czy mrożone truskawki. Niektóre osoby widzą, że detektyw Piotr Binter zaczyna węszyć, staje się niewygodny, a co się robi z niewygodnymi ludźmi?
Drugim problemem jaki ten serial porusza jest to, że Polska, pomimo tych 30 lat od katastrofy Jana Heweliusza nadal jest państwem z kartonu i z dykty. Chodzi mi tutaj między innymi o bylejakość, „tumiwisizm" i „jakośtobędzizm" jak ja to nazywam, że jakoś to będzie i tu mi to zwisa. Strasznie nie cierpię robienia na tak zwany „odpierdol" bez poszanowania zasad BHP, byle szybciej i taniej. To jest pokazane w tym serialu jak armator wywiera presję na rejs na kapitanie Andrzeju Ułasiewiczu, bo „pienionszki", pomimo że na zachodzie szalał wtedy huragan Junior, który niespodziewanie tej nocy wtargnął do Bałtyku, choć według prognoz miał wtargnąć dzień później i tego, że statek był w stanie technicznym, który nie pozwalał płynąć.
„Co Andrzejku nie popłyniesz, ty nie popłyniesz? Z Tobą nic się nie stanie, jesteś fachowiec".
No i stało się. A potem zdziwienie, że „co mogło się wydarzyć, co kurwa mogło się wydarzyć na tak krótkim odcinku?", jak to mówił prezes armatora już po tragedii. A potem zaczęło się zamiatanie tragedii pod dywan i próby zrzucenia winy za katastrofę załodze, która nie żyje i nie może się bronić, a zwłaszcza na kapitana. Teraz niewiele się zmieniło. W Polsce nadal trwa kult zapierdolu, byle szybciej i taniej i bez poszanowania zasad BHP. Polacy też często robią na odwal się, byle szybciej, bo są zmuszani do wykonywania pracy, której często nie potrafią zrobić, stąd też wiele jest fuszerek. Ja uznaję zasadę, nie jak umiesz to nie rób. Sam jak czegoś nie umiem, to się tego nie tykam, albo proszę zrobić mi szkolenie stanowiskowe jak w wojsku. Co mnie też bardzo wkurza i też przeżywałem w swojej pracy i bardzo z tym walczyłem. Było poganianie, dowalanie więcej pracy, mimo człowiek robił sam na stanowisku gdzie powinny robić dwie osoby i robiłem o to raban, ale oni mieli to gdzieś. Człowiek już fizycznie nie dawał rady, aż w końcu się wkurzyłem i powiedziałem dość, bo ile lat można. A wiadomo, roboty jeszcze nikt nie przerobił. Na szczęście teraz jest już trochę lepiej niż te 15 czy 20 lat temu, bo pamiętam jaki pogardliwy stosunek mieli przełożeni wobec swoich pracowników, ale na szczęście trochę się to poprawiło. Ale jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie, czemu pracownik nie miałby być taki sam opryskliwy wobec swojego przełożonego. Polacy nadal są jednym z najciężej pracujących i przemęczonych narodów w Unii Europejskiej i też mniej zarabiają niż ci na zachodzie. A jak człowiek jest przemęczony, to i wkurzony. Później to się przekłada na zdrowie fizyczne i psychiczne pracownika, a także na życie prywatne pracowników, a oni chcą żeby ludzie pracowali do 67 roku życia a nawet dalej, bo system emerytalny jest niewydolny. Przykładem jest chociażby załoga statku „Athenian Venture", o którym wcześniej wspominałem. Dla polskich marynarzy, którzy tam pracowali, to były bardzo dobre pieniądze i dla armatora też było dobrze, bo za zachodnich marynarzy musieliby zapłacić kilkukrotnie więcej, więc zatrudnili tańszych Polaków i obie strony były zadowolone, chociaż ten statek już wtedy uchodził za ruinę i ludzie bali się nim pływać i mówili o tym głośno, ale wiadomo... jakoś to będzie. Pinionszki są najważniejsze. Dobrze jest jak jest dobrze, ale jak zdarzy się wypadek w pracy, to pracodawca nagle umywa rączki i stara się zwalić winę na pracownika, żeby tylko nie zapłacić odszkodowania. Jest takie powiedzenie, że praca jest jak druga rodzina, ale chyba patologiczna. Na mnie takie socjotechniczne pierdolenie już nie działa. Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach. To samo w wojsku gadka, że dowódca i szef kompanii są jak ojciec i matka. Podobne pieprzenie mogliśmy usłyszeć choćby w „Samowolce" Feliksa Falka, albo kto był w wojsku. Zarówno pracodawca jak i pracownik mają swoje prawa jak i obowiązki. Wiem, bo moja mama to przerabiała, na szczęście nie był to groźny wypadek, ale też znam jej charakter i wiem, że potrafi otworzyć gębę i wyłożyć kawę na ławę kiedy trzeba i chyba to mam po niej. Po prostu chcieli zwalić na nią winę, choć ją poganiali do pracy i to w akordzie. „My pani nie zmuszaliśmy do pracy". Po prostu nie mam mentalności niewolniczej i sobie nie pozwolę jak dawniej. Trochę lat do tyłu w mojej pracy był mały wypadek, bo jeden gość idąc zimą poślizgnął się na lodzie już chyba na terenie zakładu pracy, bo szedł do pracy i chyba chodniki nie były posypane pisakiem. Choć też częściowo idzie się jezdnią, bo nie wszędzie są chodniki. Oczywiście zwalili winę na pracownika i chyba dali mu naganę, bo jak śmiał się wywrócić na lodzie. I chyba mu wpisali, że szedł za szybko.To jest jakieś kuriozum. Ja to bym od razu poszedł z gębą do BHP-owca i do kierownika, „co wy kurwa odpierdalacie, w chuja sobie lecicie?" i jeszcze bym pozwał zakład w sądzie pracy. Tak właśnie traktują długoletnich pracowników, bo to nie był już młody chłopak, a wieloletni pracownik, który chyba podchodził pod 60-kę. Oni wykorzystują, bo starszy pracownik będzie się bał otworzyć gębę i zaciśnie zęby w obawie przed utratą pracy, zwłaszcza przed emeryturą. I to mnie też bardzo denerwuje. Nie wiem skąd też jest taka mentalność niewolnicza wśród Polaków, raczej wiem skąd ona się wywodzi, jeszcze z czasów średniowiecza, renesansu i baroku, gdzie byli chłopi pańszczyźniani i to dawanie sobą pomiatania, zwłaszcza w pracy. Młodsze pokolenie, starsi Millenialsi i Zetki potrafią powiedzieć „Nie" pracodawcy, bo nie są ich niewolnikami, a praca to nie obóz koncentracyjny czy jednostka wojskowa, że się wykonuje rozkazy. Wiele razy widziałem jak młodsi rzucali papierami i odchodzili i następnego dnia ich nie było. Starsze pokolenie, które pamięta jeszcze PRL, nie potrafi się postawić przełożonemu i zrobi co wszystko pan kierownik każe. Gdyby pan kierownik kazał skoczyć z 10 piętra z to też skoczysz? To jest temat rzeka, bo też można o tym napisać książkę, ale wiadomo o co chodzi. Na „Heweliuszu" było podobnie, jakoś to będzie. Zawinił brak procedur, a raczej brak znajomości procedur wśród załogi podczas ewakuacji, co też było opisywane w książce pana Adama Zadwornego i w serialu. To samo też tyczyło się później katastrofy smoleńskiej z 10 kwietnia 2010 roku, choć wcześniej zdarzały się incydenty lotnicze, choćby wypadek śmigłowca z ówczesnym premierem Polski na pokładzie. Wiem, że katastrofy Jana Heweliusza i smoleńska przyczyniły się do zmian w przepisach żeglugi morskiej i powietrznej. Nie jestem specjalistą i nie znam tych przepisów, bo mnie to nie interesuje, ale wiem, że zwiększono kompetencje i niezależność kapitanów. Ale zawsze najpierw musi dojść do tragedii, wtedy wszyscy nagle się budzą z letargu, ale Polak zawsze mądry po szkodzie.
Kolejna sprawa jaką ten serial porusza, to jest gra polityczna, o której też wspominałem i próby zamiecenia sprawy pod dywan i zdyskredytowanie zmarłego kapitana statku. To są te wszystkie zakulisowe brudne gierki, których nie widzimy na ekranach telewizorów. Mamy tutaj taki jeden układ, który kisi się w swoim sosie. Nie wiem czy to wszystko znowu opisywać. Jak wiemy to był rok 1993, czyli krótko po obaleniu komunizmu w Polsce, choć wtedy jeszcze było widać jego pokłosie. Mentalność „homo sovieticus" była widoczna chociażby w postaci wiceministra Janusza Kowalika zwanego starym komuchem, prezesa armatora Wiesława Kosiorka czy przewodniczącego Izby Morskiej Janusza Pyzla. Sceny pokazujące pozakulisowe narady w siedzibie armatora czy to w kapitanacie, czy podczas Izby Morskiej są groteskowe, z jednej strony i śmieszne i straszne. Bulwersująca jest scena jak przewodniczący Izby Morskiej chciał zabawić się w cenzora i zmienić stenogram posiedzenia. To chyba też było opisane w książce pana Adama Zadwornego, jak dobrze pamiętam. Wykreślmy to, bo nam nie pasuje i pora na CS-a. Słyszałem gdzieś wywiad z reżyserem serialu panem Janem Holoubkiem, że nie czytali tej książki, bo ona została wydana już po zakończeniu zdjęć i była ona pisana w roku 2023 tuż przed rozpoczęciem zdjęć. Jan Holoubek wspominał, że tą książkę przeczytał dużo później. To też pokazuje jak ogromną pracę musieli wykonać twórcy, robiąc research przed nakręceniem tego serialu. Serial pokazuje wątek wojskowy i teorię spiskową, że na polskich promach przewożono nie do końca legalny ładunek jako pocztę dyplomatyczną, albo tak zwane „ładunki specjalne". Spiskowe teorie mówią, że na polskich promach przewożono broń i amunicję choćby dla IRA i dla byłej Jugosławii, ale niczego nie udowodniono. Te wątki pojawiają się w serialu jak i w tych obu książkach. Niemal pewne jest, że na tych promach uciekali imigranci do Szwecji, o czym mówił pan Roman Czejarek w swoim podcaście i ma na to dowody w postaci nagrań już z roku 1990. Swoją drogą film „300 mil do nieba" nie wziął się z niczego. W serialu jest pokazana postać majora Artura Ferenca, młody przystojny agent (najprawdopodobniej) WSI, z twarzy podobny trochę do Colina Farrella, który też próbuje zamieść sprawę pod dywan i zdyskredytować kapitana Andrzeja Ułasiewicza, ale także wymusić zeznania na rodzinach ofiar katastrofy aby zdyskredytować kapitana Andrzeja Ułasiewicza. Ale wątek polityczno-wojskowy zostawmy, bo już wcześniej trochę go opisałem, a też można napisać o tym książkę.
Podsumowanie
Konrad Eleryk jako III oficer Witold Skirmuntt
Podsumowując, żeby Was za bardzo nie zanudzać, „Heweliusz" to jest bardzo dobry, a nawet świetny serial. Wyprodukowany zapewne za wielkie pieniądze, z czego około 30% wyłożył PISF, co możemy przeczytać na napisach końcowych, choć pewnie wysokości budżetu nigdy się nie dowiemy, ale myślę, że około 100 milionów złotych pewnie poszło lekko. To jest wysokobudżetowa produkcja nakręcona na pewno bardzo dobrym sprzętem. Gdzieś czytałem, nie wiem czy nawet nie w wiadomościach na samej stronie Netflixa w kulisach produkcji, jakimi kamerami kręcono ten serial i były to wysokiej klasy kamery kręcące w rozdzielczości 4k. Gdzieś słyszałem podczas wywiadu z Janem Holoubkiem, który nota bene z wykształcenia jest operatorem, że w ponad 1030 scenach w tym serialu wykorzystano CGI, więc też pewnie graficy komputerowi w postprodukcji mieli pełne ręce roboty.
Łukasz Lewandowski jako Waldemar Skrzypczyński i Jan Lubas jako syn Pamurskiej
Przez jakiś czas „Heweliusz" był hitem Netflixa, przynajmniej u nas w Polsce, ale też oglądano go z zainteresowaniem za granicą i zbierał on ogólnie bardzo dobre recenzje, choć niektórzy zagraniczni recenzenci kręcili nosem, że jest za długi i się dłuży. Ja tam nie odczułem tego. Tak jak napisałem na samym początku tej pseudo recenzji, że odcinki trwają od około 48 minut, poprzez około 60 minut, a ostatni trwa aż prawie 1,5 godziny, to serial ten tak mnie wciągnął, że obejrzałem go w ciągu jednego popołudnia i nie wiem kiedy to minęło. Jak pisałem wcześniej pierwszy odcinek zaczyna się ujęciem kręconym pod wodą, gdzie widzimy tonące ciała rozbitków, a w tle słyszymy przeszywający elektroniczny podkład muzyczny skomponowany przez Jana Komara. Następnie akcja przenosi nas do mieszkania drugiego kapitana Piotra Bitnera granego przez Michała Żurawskiego, którego nad ranem budzi telefon z wiadomą informacją, a następnie nasz bohater jedzie do siedziby armatora w Szczecinie, a tam już jest młyn.
Mirosław Kropielnicki jako prezes armatora Wiesław Kosiorek i Mirosław Zbrojewicz jako kapitan Mirosław Kurzak
Grany przez Mirosława Zbrojewicza chyba przełożony kapitanów Mirosław Kurzak wita naszego bohatera słowami w stylu „Ładnie nam się zaczął ten rok, co Piotruś?" czy „Jebana wańka wstańka, najprawdopodobniej wyjebał się na bok", oczywiście jest to mowa o „Janie Heweliuszu", bo tak pogardliwie mówiono o tym statku, a też wiem że miał inne ksywki, jeszcze gorsze jak na przykład „Jan Wyje*iusz". Wszystko przez brak stateczności i liczne kolizje w portach. W 1982 roku wywalił się na lewy bok w porcie w Ystad i gdyby nie nabrzeże to by zatonął. W 1986 roku doszło do pożaru na pokładzie kolejowym, bo zapalił się chyba jeden z TIR-ów. Po tym wypadku wylano około 100 ton betonu i nigdy nie przeprowadzono próby stateczności statku. Pierwszy odcinek raczej pokazuje to, co się działo już po tragedii. Retrospekcje do samej tragedii były chyba pokazywane dopiero od drugiego odcinka, jak dobrze pamiętam. Właśnie nie jestem pewien czy w pierwszym odcinku były sceny akcji ratunkowej na Morzu Bałtyckim czy to było już w drugim, nieważne.
Grupa trzymająca władzę - Marcin Januszkiewicz jako major Artur Ferenc, Sebastian Stankiewicz jako Cyganik, Joachim Lamża jako wiceminister Janusz Kowalik, Andrzej Konopka jako kapitan Kubara - chcą poświęcić kapitana Ułasiewicza. Jeszcze brakuje przewodniczącego Izby Morskiej, pana Janusza Pyzla.
Moim zdaniem jest to jeden z lepszych jeśli nie najlepszy polski serial wyprodukowany w ostatnich latach. Na początku obawiałem się czy będzie równał się z poziomem „Wielkiej wody", ale wydaje mi się, że „Heweliusz" jest o wiele lepszy. Cieszę się, jak próbowano odwzorować szczegóły pierwszej połowy lat 90, bo ja te czasy pamiętam, w 1993 roku już graliśmy z moim bracholem na Commodore 64, już ogarniałem wtedy „Boulder Dasha" czy „Montezuma"s Revenge" i już wtedy raczej ogarniałem rzeczywistość. Ładnie odwzorowali tamte czasy poprzez pojazdy, dekoracje, stroje i fryzury postaci, wygląd warszawskich i szczecińskich blokowisk z wielkiej płyty. Na początku myślałem, że poszło tutaj CGI, bo w tamtych czasach pamiętam, że bloki były wtedy nieocieplane, chociaż pewnie nie wszystkie. Pamiętam, że nasz blok ocieplali płytami azbestowymi gdzieś na początku lat 90, a później w okolicach 2010 roku zrywali je i robili tą kolorową elewację. Ale wtedy na początku lat 90 wiele blokowisk wyglądało jak w tym serialu. Zrobiłem mały research i dowiedziałem się, że warszawski Ursynów „zagrało" Osiedle Zachód w Zgorzelcu, zwane potocznie przez mieszkańców Manhattanem. Z tego co się dowiedziałem, to wiele bloków tam pochodzi jeszcze z lat 60 i jest jeszcze w stanie „surowym" i nie były ocieplane. Dowiedziałem się, że zdjęcia w Zgorzelcu trwały w lutym 2024 roku i wielu mieszkańców było tam statystami.
Zagraniczni recenzenci raczej ciepło ocenili ten serial, choć też pojawiły się słowa krytyki za zbyt wolną akcję. Czy ja wiem? Zaś polscy krytycy bardzo czepiali się o zmienione szczegóły i fabularyzowanie tej historii, ale to też wymagało z dramaturgii i sposobu narracji tej historii. Jak pisałem wcześniej, większość imion i nazwisk została zmieniona, oprócz rodziny kapitana Andrzeja Ułasiewicza, i były to postacie inspirowane prawdziwymi osobami, a postać Witolda Skirmuntta była syntezą przynajmniej dwóch osób. Postać Piotra Bintera jest częściowo autentyczna, bo była inspirowana osobą drugiego kapitana Jana Heweliusza, pana Bolesława Hutyry, który był też zaangażowany w pomoc i zbiórkę pieniędzy na ratowanie Stoczni Gdańskiej przez Radio Maryja, gdzie te pieniądze w tajemniczy sposób zniknęły. Pan Bolesław Hutyra zginął w tajemniczym wypadku samochodowym w 2000 roku i też istnieją na temat tego wypadku teorie spiskowe. Nazwy armatora, niemieckich statków zostały zmienione, także nazwa promu „Mikołaj Kopernik" została zamieniona na „Karkonosze", ale już historię „Karkonoszy" w skrócie opisałem. Na przykład w serialu pokazana jest żona chyba Waldka Skrzypczyńskiego granego przez Łukasza Lewandowskiego z transparentem „Zabiliście mi męża", a w rzeczywistości była to żona jednego ze szwedzkich kierowców ciężarówek, o czym piszą te dwie książki niezależnie od siebie. Izba Morska w rzeczywistości odbywała się w Szczecinie, a nie w Stargardzie (wtedy jeszcze Szczecińskim, bo mieszkańcy miasta przed długi czas walczyli o zniesienie drugiego członu nazwy miasta). Sprawa „taśm prawdy" wyglądała nieco inaczej niż w serialu, na ich ślad trafił były kapitan i dziennikarz śledczy pan Marek Błuś. I z tymi taśmami były niezłe jaja, bo „nie mieli na czym tego odtworzyć". A potrzebny był specjalistyczny sprzęt produkcji węgierskiej, którego używały najprawdopodobniej wszystkie służby bloku wschodniego. Jak w końcu znaleziono taki sprzęt, to okazało się, że te taśmy są kopią i że ktoś wcześniej ingerował w oryginalne nagrania część głosów wymazując. O czym też można przeczytać w książce pana Adama Zadwornego. Później przez to dziennikarz miał problemy prawne i był oskarżany o zniesławienie i skazany na karę grzywny. Postać wiceministra Janusza Kowalika grana przez pana Joachima Lamżę jest zmyślona i nawet nie wiem czy był w 1993 roku wiceminister spraw wewnętrznych. W rzeczywistości na Wybrzeże zaraz po katastrofie Jana Heweliusza pojechał Minister Spraw Wewnętrznych i twórca UOP pan Andrzej Milczanowski, który nota bene pochodził z tych okolic. Postać wiceministra Kowalika jest takim ogólnym symbolem władzy politycznej i jak traktowała tę sprawę oraz ludzi. Jak mówił to pan Mirosław Zbrojewicz, że to stary komuch mający na nich wszystkich kwity.
Jeśli miałbym ocenić ten serial, to waham się pomiędzy mocną 8 a 9. Ale chyba dam mu 9/10. Tak go oceniłem, dałem mu 9/10 i serduszko na Filmwebie.
Wiesiek skończ pierdolić! Co oni tam wieźli? - Piotr Binter i Wiesław Kosiorek - Jedna z najlepszych scen w tym serialu i jeden z „cieplejszych" kolorystycznie kadrów.