Przeczytane: Thomas Mann - „Czarodziejska Góra" (1924, 2017) - Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA



W listopadzie 2025 roku przeczytałem, a raczej przeglimałem, książkę pana Thomasa Manna zatytułowaną „Czarodziejska góra". O tej książce dowiedziałem się czytając między innymi książkę pana Stanisława Grzesiuka „Na marginesie życia" opowiadającą o jego leczeniu na gruźlicę w otwockim sanatorium. Także o tej książce przeczytałem chyba w wywiadzie-rzece „Tako rzecze Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś", gdzie pan Stanisław Lem chyba wymieniał tę powieść jako jedną z inspiracji do napisania „Szpitala przemienienia". Od tamtej pory chciałem przeczytać tę książkę, ale trochę się obawiałem, że nie podołam. Trochę zabierałem się do przeczytania tej książki jak sójka za morze. Postanowiłem sobie kupić najpierw wersję cyfrową na Woblinku czekając na dogodną promocję i to zrobiłem. Trochę się obawiałem tej książki, bo słyszałem opinie, że jest to wymagająca i ciężka lektura i niestety częściowo muszę się z tymi opiniami zgodzić. Nie jest to książka łatwa i nie dla każdego. To tyle w ramach wstępu, bo też nie chcę pisać tutaj elaboratów, bo i tak tego nikt nie czyta, ani nie ogląda na YouTube, a też nie chcę przeciągać wstępu.


W oryginale książka ta nosiła tytuł „Der Zauberberg" i została wydana w 1924 roku przez Wydawnictwo S. Fischer Verlag Berlin. Natomiast polskie wydanie, które czytałem w postaci e-booka kupionego na Woblinku, zostało wydane w roku 2017 dzięki Warszawskiemu Wydawnictwu Literackiemu MUZA i jest to Wydanie I i bazuje ono na niemieckim wydaniu tej książki z roku 2007. Projektem okładki zajął się pan Michał Brzozowski, redakcją techniczną pan Zbigniew Katafiasz, składem wersji elektronicznej pan Robert Fritzkowski i korektą pani Elżbieta Jaroszuk. Pierwszy tom książki na język polski przetłumaczył pan Józef Kramsztyk, natomiast tom drugi na język polski przełożył pan Jan Łukowski. Cały e-book zajmuje prawie 1000 stron, zapewne w wersji fizycznej książka ta będzie jeszcze większa. Sprawdziłem w archiwaliach Empiku, książka w wersji papierowej, w twardej okładce liczy sobie prawie 800 stron, dokładnie 798... czyli 800 w zaokrągleniu. Książka ta składa się z dwóch tomów, które zostały podzielone na siedem rozdziałów, które składają się z licznych podrozdziałów. W sumie jest ich chyba 52 jak, dobrze policzyłem. Równolegle do czytania książki słuchałem w pracy audiobooka na Audiotece czytanego przez pana Adama Ferencego. Zastanawiam się czy nie kupić sobie tej książki w postaci fizycznej, bo dla mnie to jest topka topek i pozycja obowiązkowa. Niestety nowe wydanie fizyczne książki nie jest obecnie możliwe do zakupu, jedynie można kupić starsze używane wydania tej książki na serwisach aukcyjnych.

Nie będę się tutaj bawił w długie opisy, bo szkoda i mojego i Waszego czasu i nie zamierzam robić długiej pseudo recenzji tej książki.

Książka opowiada o młodym inżynierze z Hamburga - Hansie Castorpie, który przybywa do szwajcarskiego Davos, do uzdrowiska „Berghof" na trzy tygodnie, aby odwiedzić tam swojego kuzyna, żołnierza armii niemieckiej Joachima Ziemssena, który jest chory na gruźlicę. Można żartobliwie napisać, że miał być trzy tygodnie, został na siedem lat. Akcja powieści rozpoczyna się w sierpniu roku 1907 kiedy główny bohater ma 23 lata, a kończy się w sierpniu 1914 roku wybuchem pierwszej wojny światowej i ma charakter otwarty. Nasz bohater wyjeżdża na wojnę i nie wiadomo jakie są jego dalsze losy. W międzyczasie nasz bohater pod koniec swojego planowanego pobytu zachorowuje i dowiaduje się, że ma lekką gruźlicę, którą ostatecznie udaje mu się wyleczyć po około 1,5 roku pobytu w Davos, ale postanawia tam zostać „w górze". Wszystko to między innymi przez to, że się zakochał w jednej z rosyjskich pensjonariuszek, pani Kławdii Chauchat. Z resztą w niej podkochiwało się w niej pół „Berghofu", łącznie z kobietami. Ale też chyba nie tylko z jej powodu nasz bohater postanowił tam zostać. Pobyt tam „na górze" zmienia naszego bohatera wewnętrznie, początkowo jest tam z wygody, ale poznaje on tam wielu przyjaciół, wielu im pomaga przy ostatniej drodze i opiekuje się nimi przy samej końcówce. Często też spędza czas przy włoskim humaniście, pisarzu i filozofie Lodovico Settembrinim, z którym często odbywają rozmowy na różne filozoficzne tematy. Z czasem poznają oni Jezuitę Leona Naphtę, pochodzącego z żydowskiej rodziny, który przeszedł na chrześcijaństwo i wstąpił do zakonu Jezuitów i często obaj z Settembrinim prowadzą różne dysputy a nawet kłótnie na podłożu ideowym i filozoficznym, co pod koniec powieści przerodzi się w konflikt zakończony groteskowym pojedynkiem na pistolety, tak jakby walczyli o duszę Hansa Cadtorpa. To może tyle żeby za bardzo nie spoilerować.


Pierwsza rzecz jaką chciałbym przedstawić, którą zauważyłem w utworze to narrator pierwszoosobowy, który używa rzadkiej liczby mnogiej, czyli „My", czyli na przykład „Chcielibyśmy Państwu przedstawić historię życia Hansa Castorpa...". My, czyli zespół, grupa ludzi. Wygląda to jak obszerny artykuł wydrukowany w gazecie, albo jakieś wydawnictwo,  gdzie przy tekście pracowało kilku autorów. Jest to narrator wszechwiedzący, opowiadający różne historie z życia głównego bohatera i nawet przedstawia życiorys protagonisty praktycznie od samych narodzin i który przerywa opowiadaną historię z wyruszeniem naszego głównego bohatera na front pierwszej wojny światowej. Dzięki temu mamy otwartą furtkę do ewentualnej kontynuacji powieści, która nigdy nie powstała. Można sądzić, że główny bohater najprawdopodobniej zginął gdzieś na frontach pierwszej wojny światowej.

Nie będę się tutaj bawił w interpretacje tego utworu, bo mój umysł jest za tępy, nie ta liga. Zapewne przez te sto lat utwór ten został pewnie rozebrany na czynniki pierwsze i zapewne niejedna praca doktorska została napisana na temat tej powieści. Niestety ja tylko jestem skromnym technikiem elektronikiem, robolem pracującym w fabryce, co ja tam wiem i co ja tam w życiu przeczytałem. Na pewno pensjonariusze uzdrowiska „Berghof", którzy są z całego świata, ale głównie z Europy, są alegorią ówczesnego europejskiego społeczeństwa i pewnie coś tam symbolizują. Większość pensjonariuszy „Berghofu" to ludzie bogaci i lepiej sytuowani. Na przykład pan Settembrini to na pewno jakaś alegoria włoskiego humanizmu wywodząca się pewnie z epoki renesansu albo z późniejszego XVIII wiecznego oświecenia. Na pewno książka ta była w pewnym sensie krytyką ówczesnego świata i ludzkich postaw, zarówno przed jak i po pierwszej wojny światowej. Przykładem po części może być sam Hans Castorp, który nie chciał wiedzieć co tam się wyprawia „na dole", jak to nazywali świat zewnętrzny kuracjusze w Davos, choć były przesłanki o zbliżającej się wojnie w opowieściach pana Settembriniego, lecz Hans Castorp nie chciał tego słuchać. Trzeba przyznać, że książka ta powstawała przez 12 lat. Thomas Mann zaczął ją pisać jeszcze w 1912 roku i początkowo miała to być satyra podzielona na nowelki. Niestety prace nad książką przerwała pierwsza wojna światowa, która trochę zmieniła ton powieści na bardziej poważny, która ostatecznie została wydana w roku 1924, czyli sześć lat po pierwszej wojnie światowej. Niemcy w tym czasie popadły w ruinę przez postanowienia Traktatu Wersalskiego z 1919 roku. Wtedy Niemcami próbowały rządzić różne grupy polityczne od komunistów z najbardziej radykalnymi Bolszewikami na czele, którzy zaprowadzali terror i chcieli przyłączyć Republikę Weimarską do Związku Radzieckiego i na szczęście Niemcy szybko ich pogonili. Rodził się też ruch nazistowski, o czym można poczytać w różnych książkach, począwszy od biografii pewnego austriackiego malarza, niejakiego Adolfa Hitlera, w tym oficjalnego propagandowego i partyjnego paszkwila NSDAP z 1935 roku autorstwa Heinza Alfreda Heinza, czy z bardzo dobrej książki „Powstanie i upadek III Rzeszy" Williama L. Shirera z 1960 roku, które czytałem w październiku 2025 roku. Niemcy po pierwszej wojnie światowej to nie był spokojny kraj. Ale książka ta przestrzegała przed systemami totalitarnymi i też w niej jest alegoria do ruchu nazistowskiego i niechęci do narodu żydowskiego, w postaci jednego z pensjonariuszy. Więc na pewno Thomas Mann musiał słyszeć o nieudanym puczu monachijskim dokonanym przez pewną radykalną nacjonalistyczną partyjkę. Ale nie będę się tutaj bawił w interpretacje tego utworu, bo jestem za tępy na to. Ja jestem zwykły cham ze wsi, który w życiu przeczytał „Janka Muzykanta", „Antka" i pół „Anielki", jak to mawiał mój nauczyciel historii w szkole podstawowej. Nie jest to praca doktorska, bo pewnie na temat tej książki napisano niejedną, a nawet nie jest to szkolne wypracowanie, tylko dyletancka opinia randoma z netu o przeczytanej książce.


Jeśli chodzi o podsumowanie tej książki, to będę miał z nią ogromny problem. Z jednej strony jest to arcydzieło światowej literatury i nie piszę tego, bo inni uznają tę książkę za arcydzieło. Po prostu ta książka ma w sobie „to coś". Dla mnie subiektywnie jest to arcydzieło i ta książka zasługuje na ocenę 10/10, a nawet na 100/10. Z jednej strony książkę tą czyta się lekko i przyjemnie (jak na przykład opisy przyrody w Davos), ale są też takie fragmenty, że ciężko się to czyta (głównie filozoficzne wywody Settembriniego i Naphty). Też chyba wiem skąd w swoich książkach inspiracje czerpał Stanisław Lem. Czasami się tak czułem jakbym czytał Stanisława Lema. Przez te filozoficzne rozważania bardzo ciężko było mi przebrnąć i czasami miałem ochotę opuścić ten rozdział. To jest w zasadzie jedyny minus tej książki. Też trzeba przyznać, że Thomas Mann był mistrzem narracji. Chyba pierwszy raz w życiu czytałem powieść z tak szczegółowymi opisami, czy to opisami narracyjnymi, opisami postaci, czy to opisami przyrody w Davos. Na przykład jak Hans Castorp wybrał się nielegalnie na narty i zgubił się w śnieżnej zamieci, albo grupowe wypady saneczkowe w góry, czy na przykład wielostronicowych zachwytów nad nowymi zdobyczami techniki jakimi były kinematograf czy gramofon, czy nawet moment wywoływania duchów poprzez medium. Chyba wiem, skąd mogli brać inspiracje twórcy gry „Beyond Two Souls", bo tutejszy opis ducha to jest wypisz wymaluj Aiden z gry, czyli ten duch towarzyszący głównej bohaterce Jodie granej przez Ellen Paige. Czytałem opinie innych ludzi na temat tej książki i widziałem też oceny 4/10 na portalu Lubimyczytać i wcale tym ludziom się nie dziwię, bo nie każdemu ta książka mogła „podejść" i przyznaję, że nie jest to łatwa książka w czytaniu. Ja sam przez nią brnąłem przez miesiąc czasu. Ale co to jest miesiąc tam na górze, najmniejsza jednostka czasu. Dlatego też posiłkowałem się audiobookiem na Audiotece czytanego przez pana Adama Ferencego, ale później musiałem go słuchać na prędkości około 1,2 żeby nie usnąć, a i tak też słuchałem ten audiobook bardzo długo, choć teoretycznie trwa on 48 godzin. Dlatego postanowiłem wyciągnąć „średnią" ze względu na innych czytelników i dać tej książce ocenę 7/10, ale z serduszkiem ♥️ i wiem, że ta ocena jest krzywdząca dla tego arcydzieła. Nie oszukujmy się, ta książka jest arcydziełem. Dla mnie subiektywnie książka ta zasługuje na ocenę 10/10 i jest to najprawdopodobniej zarazem jedna z najlepszych jak i najgorszych książek jakie w życiu czytałem. Na pewno nie jeden raz jeszcze wrócę do tej historii.

Czy ją polecać? Szczerze mówiąc to nie wiem. I tak i nie. Jak już wcześniej pisałem, nie jest to lekka i łatwa lektura, zwłaszcza filozoficzne fragmenty dyskusji wygłaszane przez panów Settembriniego i Naphtę, które niestety pod koniec książki przeradzają się w ideologiczny konflikt, który panowie chcą zażegnać poprzez klasyczny pojedynek na pistolety. To jest jedna z groteskowych scen w tej powieści, jest ona zarówno zabawna i smutna. Jeden filozof wyzywa na pojedynek drugiego, bo ten poczuł się urażony i obrażony. Jak to się skończyło, tego już nie zdradzę, musicie sami sobie o tym doczytać.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

El Cartero (2025) - Commodore 64 - Bonnette2020

Boulder Dash 40th Anniversary (2025) - BBG Entetainment

Luckyman (2025) - Atari XL/XE - Łukasz LukLab Labuda